sobota, 30 lipca 2011

The cat came back




***Uwaga spoiler***
Film w reżyserii Cordella Barkera (o ile tak to się odmienia po polski), ale szpony maczał tam Richard Condie (ten od "The Big Snit" i "The Bird Pig").
Myślałam że coś opartego na schemacie Tom&Jerry nie będzie mnie śmieszyć, ale to był błąd, bo uśmiałam się jak dziki hipopotam. Wszystko jest zorganizowane wokół tej obłędnej orgiastycznej piosenki na tubie i na wokalu. Np. jak kot wyrywa gąbkę z siedzeń i rozdrabnia wszystko na atomy to robi to też do rytmu.
I każda scena jest interesująca, nie ma tam takich (nie wiem czemu, ale kojarzących mi się z polską animacją) ujęć typu przez 15 sekund widzimy narysowany nieruchomy las i gra rzewna muzyka, potem 10 sekund kamera baaaaardzo wooolno przesuwa się w lewo, 5 sekund najazdu na coś, z nory wychodzi krasnoludek, rozgląda się...ziewwww, zaciemnienie. I udźwiękowienie - mucha nie siada (jak to by powiedziała moja babcia).(A raczej mucha siada - bo słychać. I jak komar kuca też słychać)(I jak nietoperz zderza się z szybką...)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Sądzisz coś o tym lub o tamtym? Uzewnętrznij się. (W pewnych granicach). (Czasem nie odpisuję, albo odpisuję po kilku latach. I takie tam) (Wiem że to nieadaptacyjne.)