środa, 7 listopada 2018

Nosorożec



Znany bardzo stary pisarz nosi zielone spodnie na szelkach, brązową kamizelę i wypłowiały szary sweter koloru ziemi o mankietach ubrudzonych łojem. Zastanawiając się nad odpowiedzią rusza kępkami włosów w nosie i drapie się za uchem. W przerwach między pytaniami charczy w chusteczkę. Jednym okiem łypie na nogi dziennikarki, drugim dyskretnie zezuje na zegar z kukułką. Gdy wymawia słowo "iluzoryczny" w kąciku ust pojawia mu się bąbelek śliny, który chwilę potem pęka i powoli spływa z brody na szyję. Z ucha cieknie mu ropa. Obok biurka na którym powstawały "Stepy nieskończone", "Historia Jana ze Zgierza" i "Stąd do przedwczoraj" stoi klubowy fotel z papierośnicą. Na stoliczku obok czekają makowiec, drożdżówka, kanapka z szynką, butelka whisky i wczorajsza zupa w wazonie. Pod fotelem piętrzą się stosy czasopism: "Literatura na świecie", "Przegląd literacki", "Zajady praktyczne", "Almanach pornograficzno-literacki". Kto by pomyślał że ten stary dziad jest jednym z najwybitniejszych pisarzy na świecie, dwukrotnie prawie nominowanym do słynnej nagrody. Gdy stoi w kolejce do poradni urologicznej, nikt nie jest w stanie odróżnić autora "Dnia Ulissesa" i "Sonetów słodkowodnych" od innych obecnych tam biedaczyn. A jednak to właśnie on napisał kanoniczne "Archetypy księżycowe", "Wiatr północny" i bestsellerową "Prawdę powszechną". Gdy macham mu przed nosem ostatnim wydaniem jego "Dzieł zebranych" ledwie odróżnia mnie od doniczki z paprocią. 



Wygodnie panu?
Jak mawiali starożytni, w tym cały ambaras, że dupa nie ma oczu.

Wykropkujemy to.
Nie, zostawcie. Proszę zostawić. Pan redaktor będzie się zżymał, że taki ze mnie purysta. A pisarz musi czasem przypierdolić konkretnym wyrazem, to w końcu jego materia.

Jakie napotykasz ostatnio twórcze wyzwania? 
Jak śpię to mi się zawsze podwinie nogawica od piżamy i zroluje pod kolanem. Przewracam się wtedy do rana, bo nie mogę się zdecydować czy usiąść i ją poprawić, czy spać dalej. Jeśli ją poprawię to mi naleci zimna pod kołdrę. A jak nie poprawię to mi noga zdrętwieje. "Pociąg do Zawichostu" powstał właśnie w takich warunkach.

Podobno bywa pan na rybach? Jak doświadczenie wędkarskie wpływa na twoją twórczość?
Wstaję rano i patrzę jaka jest pogoda. Gdy jest mżysto to od razu przychodzi mi na myśl, żeby powędkować. W deszczu karpie lepiej biorą. A ryba ma tak, że pysk ma z przodu, a oczy po bokach. Pan Bóg jak stwarzał rybę to musiał się zainspirować kurą. Dlatego ryba to dla mnie jest drób wodny, tak ja to widzę.

Mówi się że "carpe diem". Czyżby Horacy miał rację?
Wydaje mi się że łatwiej powiedzieć niż zrobić. Ja ostatnio czytałem Przegląd Sportowy, a w nim wywiad z Markiem Lewandowskim. On podobno lepiej strzela gole lewą niż prawą nogą. Ja też golę się od pięćdziesięciu lat tą samą ręką. To są kwestie względne, każdy sobie rybkę skrobie. Z Horacym łączy mnie głównie płeć.

Inklinacja ku jednej nodze bierze się zatem z wrodzonych predyspozycji a nie z wychowania?
Myśmy z żoną dzieci już wychowali. Córa poszła na swoje, syn się ożenił. Jest bardziej pusto, ale z drugiej strony większa przestrzeń do zagospodarowania. Ludzie ponastawiają mebli po ścianach, że przejść nie można. A ja tak mam, że muszę widzieć, gdzie kończy się podłoga, a gdzie zaczyna ściana. Podchorąży nie zdąży...,  zna pani to przysłowie.

Czyli lepiej mieć mniej? Czy to popularne hamletowskie "mieć czy być" ma dziś rację bytu?
Powiem pani tak... kiedyś trzeba było nosić czapki uszanki, nazywaliśmy je czapki-uszatki albo usznoje ustrojstwa.

Dlaczego?
Bo wichry więcej wiały i było zimniej. Teraz przez wieżowce jest mniejszy podmuch, ale za to na mostach wieje w dwójnasób.

Może to ów słynny wiatr historii?
I nigdzie tych czapek nie można było dostać. Ja wymieniałem je za jemeńskie dolary na Placu Zamkowym. Przyjeżdżał gość spod Leszna, miał całą furmankę tych czapek. Mówił z tym charakterystycznym wschodnim zaśpiewem "czapków, czapków, pan nabierze czapków". Zrobiłem wtedy zapas na 500 lat i mam je do dzisiaj. To nie to samo co te dzisiejsze wynalazki, jakieś rajtuzy z klimatyzacją, normalny facet tego nie ubierze.

Interesujesz się żonglowaniem?
Tylko żonglowaniem ideami. Zobacz, np. u Dostojewskiego nie ma tego jasnego mroku, jak to się powszechnie mówi, tam są teatralne kontrasty oświetleniowe. Za to u Tołstoja jest światło wewnętrzne rozproszone. On pisał całe życie na kolanie, obgryzionym ołówkiem. Nawet stołu sobie odmawiał. Ale za to Słowacki lubiał na otomanie. Nie ma reguły. I w tych czapkach, że tak powiem, nosiłem sobie zupę ogórkową do pracy. Dlatego nazywali mnie na brygadzie "dwuuszankowcem".

Bo drugą miałeś na głowie.
Dokładnie!
I kiedyś, jeden facet w Ciechocinku spytał mnie czy nie jest mi za ciepło latem. Bo upały były milenijne, a ja chadzałem konsekwentnie w tej mojej czapince. A on uparł się żeby zmierzyć temperaturę na moim czole, i okazało się że u mnie pod czapką jest 38 stopni, a na zewnątrz jest 40 stopni. I wyszło na moje, że u mnie jest chłodniej. Pokazał mi potem swoją kolekcję starodruków oraz miodów pitnych i gaworzyliśmy do rana. Zacny gość, pisujemy do siebie listy gęsim piórem.

Podobno w czasach twojej młodości południową część Eurazji pokrywał lodowiec?
Mieliśmy trzykołowe sweterki, i koniki, i zalewajki. Mydło było tylko w piątki. Kto odziedziczył po dziadku wędzonkę ten mógł czuć się krezusem. Bóg widział i nie grzmiał. Napoleon był jeszcze taki młody, taki młody. Przeskakiwał rzeczkę z rozbiegu, dziewczynom to się podobało. Generalnie nie chciałbym tu zahaczać o sielankę pasterską, ale przez pierwsze dziesięć lat życia budziło mnie pianie koguta i dobrze na tym wyszedłem.

Czy to prawda że cywilizacja tłumi w nas ten pierwotny elan vital? Co sądzisz o czarnych dziurach? Jak możemy zdefiniować zagadnienie życia po śmierci nie wpadając w eschatologiczną drżączkę?
W mojej książce "Kiełbasa na grilla" to samo pytanie zadaje John Schabowy. Facet nosi przez cały dzień kawałek sernika w kamaszach, aby zjeść go wieczorem. Mozoliłem się nad tą postacią, ażeby przydać jej kanciastych rysów, doklejałem krzaczaste brwi, czerniłem lico, ale i tak postać stworzyła się sama pod piórem. Nie należy traktować życia jako zadania, trzeba pozwolić mu się rozwinąć, rozperkolić jak tęcza nad wodospadem, lunąć rzęsistą ulewą, i wdychać opary majowych lip, które tak pięknie kwitną co roku.

Tak, rok ma symboliczne dwanaście miesięcy. A miesiąc to po staropolsku księżyc.
A wiesz że chudoba to po staroinkasku gęsiarka? To się wymawia z akcentem na głoskę białą, to wtedy brzmi jak czurada. A czurada to ryba słodkowodna, wielbiona w północnym Tadżykistanie.

Zabawne, zatoczyliśmy takie koło, elokwentnie wracając do tematu od którego zaczęliśmy.
I Ziemia też ma kształt koła. Taki zbieg okoliczności. 

Wiele rzeczy ma kształt koła.
To naprawdę zabawne. Nigdy tak o tym nie myślałem.


***
W mym artykule podjęłam temat opisywania pisarzy w manierze fizjologicznej, jak nosorożca właśnie aklimatyzowanego w miejskim zoo, w opisie którego znaczną uwagę poświęca się poidłom, barwie sztucznych kamieni i niedojedzonemu melonowi w cieniu swojskich trzcin udających afrykańskie dzicze. Należy zamieścić przepis na ulubione ciasto pisarza-nosorożca, opisać jego nosorożcze nawyki, to że lubi drapanie po grzbiecie i że czasem wieczorem tarza się w kurzu. Zgrabność frazy rekompensowana przez niezgrabność postaci. Nie starcza mu już zgrabności. Pisze.




wtorek, 30 października 2018

Co tyczasz



Co tyczasz czyli wiersz postwmordenistyczny

skonstruowany z samych cudzych wymędów
jak jeż najeżony pułapkami interpretacyjnymi
i smętny

faramuszki jurystyczne
bebechy dobrego myślenia
okulary ropimpetów
skarga adwokatów przeciwko zniesieniu kubanów
apologia tegoż przeciw tym którzy twierdzą, iż muł papieski jada jeno o swoich godzinach
almanach wiecznotrwały dla podagryków i francowatych

ze srogim impetem
kumie
moja w tym głowa
przyrodzonego
barbarzyńcy pustoszyli

albina powiodła sergiusza w prawo
kolumnady
schron niewinności
wyżej wykwitały

wiszę mu kabonę
polipów straszne zwoje
habit
pająki czterogębne

wirylny
mam-li się żenić czy nie?

sobota, 27 października 2018

Szacun


Niezły przypał - śmieje się profesor. Pani spojrzy jak lokalsi gromadzą się pod oknami kawiarni, chcąc rzucić okiem na moje wegańskie latte - dodaje. Podążam wzrokiem i widzę jak jakaś gruba baba, z nosem w swoim złotym Iphon 8 przewraca się o swoją torebkę i upada wprost w kałużę. Ale przypał - powtarza profesor. Otaczająca nas siermiężność jest jednocześnie swojska i obca, pozbawiona transcendencji, przesycona smogiem i beznadziejnością. Jakieś małe dziecko dłubie w nosie figurką plastikowego chomika. Ciemne postacie złowrogo charczą przy barze. Specjalnie wybrałam to miejsce na rozmowę o nowej książce Jowity Barłóg "Samotność w promocji". Zamawiamy pół litra, śledzie i wiadro kiszonych ogórków, które przynosi nam umorusane bosonogie pięcioletnie dziecko właścicielki, ubrane tylko w markową koszulkę i dżinsy typu boyfriend.


(profesor zapala beznikotynowego papierosa) Powiem tak. Trzeba wejść w tą książkę całym sobą. Zaczerpnąć tego nieświeżego zgniłego powietrza którym oddychamy. Zaprzyjaźnić się z dresiarzem podejrzanej konduity. Gdy jej bohater mówi "w chuj z tym", my wiemy że ten niemy sprzeciw przeciwko chorobom cywilizacyjnym które go drążą, znajdzie wyraz w kolejnej nawijce, w której da wyraz gorzkiej prawdzie o nas samych. I my tę prawdę kupimy, my powiemy "jestem na tak".

Główny bohater tej książki, Adrian, nie stroni od kieliszka, zdarza mu się przekląć czy przejść na czerwonym świetle. A jednocześnie coś tam mu świta, że jest częścią większej całości, większego metafizycznego planu, umie czasem zapatrzeć się na rozgwieżdżone niebo. To jest taki człowiek uniwersalny z którym możemy się zidentyfikować, bohater naszych czasów. 

Jego narzeczona, Patrycja, z kolei wszystko chciałaby mieć dizajnerskie i nie dostrzega ironii. A ironia w tej książce czai się na każdym kroku. "Samotność w promocji" jest w istocie wielogłosowym rapowanym pamfletem na nasz świat w którym nawet sens życia został skomercjalizowany i opatrzony etykietą "na sprzedaż". W pogoni za namiastką bliskości, odarci ze złudzeń, samotni, uwięzieni we wszechświatach prostopadłych, nie mamy szans na autentyczne spotkanie. 

W świecie szarej rzeczywistości przesyconej komercją erozja więzów międzyludzkich dzieje się na naszych oczach i to się na bieżąco odbija w języku jakim mówimy, jakim mówię ja, jakim mówi pani, pan, pani dziecko, koledzy pani dziecka i sprzedawczyni w spożywczaku. To są te zjawiska o których mówię.

Patrzę jak profesor naprędce rzeźbi w bitej śmietanie kilka najważniejszych postaci popkultury. Z odmętów laktozy wyłania się Batman, Superman i bohaterowie serialu "Przyjaciele". Jeden ruch łyżeczką i amorficzna masa przyjmuje kształt Papy Smerfa. Choć na usta cisną mi się różne niecenzuralne słowa zachwytu, kwituję ten wybuch kreatywności szczerym "kurwa mać".

Jeśli wsłuchamy się w ten idiolekt idioty, to mamy szansę dostrzec jak główny bohater powoli przeprowadza coś w rodzaju dekonstrukcji swojej podmiotowości. To nie jest tylko zwykłe grzebanie w uchu. Ważne jest, co on z tego ucha wyciąga, jakie artefakty współczesności wydobywa na światło dzienne. Jeśli ktoś za 500 milionów lat zbada szczątki naszej cywilizacji, znajdzie tylko puste skorupy człowieczej samotności, zmumifikowane opakowania po pizzy, aluminiowe śmieci, resztki telewizorów plazmowych. To jest genialna diagnoza wszystkiego co nas dręczy i ja tę diagnozę kupuję w ciemno. Wulgarne, prymitywne postacie, jak to u Barłóg, rozmawiające ze sobą szczekliwymi równoważnikami zdań, zanik uczuć niższych, lichota, dojmująca samotność i wszechobecne kompleksy to nasz wstydliwy gorzki portret własny, w którym przeglądamy się jak w lustrze.

Główny bohater pokątnie handluje pastylkami na gardło, próbuje jakoś wiązać koniec z drugim końcem. Jego dziunia, miss blokowisk, usilnie drąży temat ożenku, a tu kiszka, chłopak nie chce się hajtać. To jest fabuła, ale jej metakontekst jest głębszy. Autorka punktuje i ośmiesza nasze wstydliwe przywary, całą naszą drobnomieszczańskość, zew krwi, nieumiejętność parkowania, krzywe nogi, korporacyjny bełkot. Cała ta szydera jest częścią przemyślanej gry literackiej, bezlitośnie ukazującej stosunek Polaków do Polaków.

To nie jest wydelikacona wizja oderwanego od świata humanisty. To brutalne dzieło które, mówiąc kolokwialnie, leje nas w mordę swoją autentycznością, tylko po to by chwilę potem zaserwować nam sążnistego kopniaka w cztery litery i poprawić sztachetą przez łeb. Barłóg ma wyjątkowe ucho językowe i potrafi ten cały szlam wychwycić, okiełznać i ułożyć z niego zgrabną opowieść. Tłuste bity z samego jądra ciemności sprawią że nie tylko uchachamy się na maxa, ale też pojawi się autorefleksja, pojawiająca się gdy w praktyce poznajemy prawdę o sobie.

poniedziałek, 22 października 2018

Krótkie dystanse


Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami, wyd. Książkowe klimaty, 2016